Migalski pokusił się o wywołanie dyskusji na temat działań prezesa Kaczyńskiego. Skończyło się to dość długim listem otwartym opublikowanym na blogu Migalskiego. Tekst dość ciekawy, wytkniętych sporo błędów, nie wszystkie, ale zawsze coś. Błędy wetknięte pomiędzy lukier a wazelinę pod adresem prezesa.
Burza wywołana, przeszła dość gwałtownie. I co dalej? Dalej cisza. List sobie wisi, autor nie ma z kim rozmawiać. Niewykluczone, że prezes list przeczytał i stwierdził kolejną zdradę w swojej sekcie politycznej. I co dalej? Ano teraz palimy głupa, że to niby tak tylko, żeby kolejny raz zwrócić na siebie uwagę. Migalski prezesa przeprosi i albo będzie dalej siedział cicho, albo skończy jak Dorn - niby osobno a jednak sentyment do szefa pozostał.
Gdyby Migalski posiadał jaja, jak to się mawia czasami, to wystąpiłby z partii, powiedział jasno i wyraźnie, że się z prezesem nie zgadza i założyłby własną. I albo pociągnąłby za sobą tych, którzy jak on są niezadowoleni, albo... tyle gdybania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz