Od dość długiego czasu nie widziałam, by scena polityczna aż tak reagowała na tematy społeczne. Ale nie do końca tylko i wyłącznie stricte o tę reakcję chodzi. Chodzi jednak o coś więcej. Prawicowi politycy bronią chrześcijańskich wartości. Blastocysta ponad wszystko. Jakby normą chrześcijańską było, że nienarodzone ważniejsze od żyjącego. In vitro jak masowa rzeź niewiniątek. Bo przecież jeśli Bóg nie pobłogosławił łona kobiety, to ta jałowa będzie. Prawdziwy związek może tworzyć tylko kobieta i mężczyzna, a mówienie o związkach jednopłciowych to "nachalne propagowanie homoseksualizmu".
Podobno uprzedzenia biorą się z niewiedzy. I może to jest problem prawicowych polityków? Nie wykazują się ani wiedzą w temacie swojej wiary, ani bezdzietnych, czy też jednopłciowych par. Czy to nie ich Bóg właśnie nakazał miłować bliźniego, nie czynić drugiemu co nam nie miłe? Czy to nie tylko Bóg ma prawo oceniać człowieka? Skąd nagle dziwne przekonanie, że z racji wiary w Boga posiada się prawo wyrażania jedynie słusznego poglądu? Wszyscy ci gorliwi i bogobojni powinni pamiętać, że przecież to Bóg nas stworzył i kocha takimi jakimi jesteśmy, patrzy na nasze życie, by w dzień sądu ostatecznego rozliczyć nas sprawiedliwie. Że to Bóg przecież dał nam wolna wolę i odbieranie jej przez człowieka jest sprzeciwem wobec Boga. A jeśli tak nie jest, to jaka jest ta wiara, poza tym, że wygodna i wyrywkowa?
Chciałabym dożyć czasu, gdy w ławach polskiego parlamentu będą zasiadały osoby, które będą potrafiły wiarę zostawić za drzwiami choć na taką chwilę, która pozwoli im zauważyć, że naród to nie tylko wierzący. Że zasiądą tacy ludzie, którzy będą dążyli do równouprawnienia pamiętając o konstytucyjnych prawach każdego obywatela. Że będą pamiętać, że nie dla siebie tam zasiadają, ale dla społeczeństwa, które obdarzyło ich zaufanie, i że będą mieli na tyle godności i szacunku do siebie i innych, by chcieć tego zaufania nie zawieść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz