Wierzący i niewierzący mają takie same prawa. Jednak w dyskusji na temat udziału religii w państwie należy rozróżniać ludzi wierzących i instytucję Kościoła. Ludzie wierzący to obywatele, którzy mają swoje prawa zagwarantowane w ustawach, w tym - przede wszystkim, w ustawie zasadniczej. Tym samym są równi ludziom niewierzącym. Natomiast instytucja Kościoła winna skupić się jedynie na wierzących właśnie i omijać kwestie związane ze stanowieniem prawa. O tym, czy prawa wierzących są respektowane decydować powinny instytucje do tego powołane. Tak samo jak o tym, czy respektowane są prawa niewierzących.
Ostatnio rozgrzewają do czerwoności tematy związane z sumieniem, deklaracją wiary, a teraz i chęcią uwzględniania formuły "tak mi dopomóż Bóg" w ślubowaniach i przysięgach zawodowych.
Pytam zatem - dlaczego nie? Przecież każdy ma prawo do własnego sumienia. Taka konstytucyjna wolność wyznania i sumienia, na którą najczęściej powołują się niewierzący. Dlaczego miałaby nie dotyczyć wierzących? Przecież to właśnie w odniesieniu do tego prawa ustawa dotycząca zawodów związanych ze służbą zdrowia zawiera tzw. klauzulę sumienia. Regulacja jest krótka, szczegółowa i - w mojej ocenie - wyczerpująca. Wszelkie próby manipulowania nią poprzez deklaracje wiary nie mające przełożenia na obowiązujące prawo powinny pozostawać bez znaczenia i mieć wymiar stricte duchowy dla tych, którzy wiarę w Boga deklarują.
Przysięga? A co komu do tego, kto mi dopomaga duchowo wykonywać mój zawód? Równie dobrze można zabronić porannej modlitwy, twierdząc, że rzutuje ona na jakość i rzetelność pracy modlącego się. Nie pytam urzędnika, lekarza, polityka - nikogo, czy modli się, czy wierzy w Boga tak długo, jak długo swoje obowiązki zgodnie z prawem. I jak długo ja postępuję zgodnie z prawem nic nikomu do tego, czy wierzę.
Przy całym swoim antyklerykalizmie daleka jestem od nagonki na ludzi wierzących. Mają oni to samo prawo co ja - oni wierzyć, ja nie wierzyć w Boga. Jednak przy okazji tych wszystkich sporów wychodzi Episkopat Polski i przyklaskuje tym, którzy chcą prawo stanowione łamać. Nie dziwię się, że włodarze polskiego kościoła chcą ubić na tym interes - jaki? Nie jestem pewna do końca. W społeczny wątpię, raczej o władzę tu chodzi. Na to już się nie zgadzam. To właśnie księżom powinno zależeć na tym, by prawo było respektowane. Jeśli państwo zajmie się prawem i obywatelami to Kościół będzie mógł skupić się na tym, do czego został powołany. A powołany do ingerowania w politykę państw powołany nie został. Do ingerowania w sumienie wszystkich bez względu na wiarę też nie. Tym bardziej do decydowania za innych, nawet wierzących.
Problemem nie jest wiara i nigdy nie powinna. Problemem są ludzie, którzy w różnych celach wiarę tę wykorzystują. Nie można powoływać się na Boga decydując o drugim człowieku - ba, nawet za drugiego człowieka. Nie można mówić o Bogu, gdy rzuca się kamieniem w drugiego człowieka. Nie można wręcz bawić się w Boga oceniając życie i człowieka, gdy jedynym, który może to zrobić jest sam Bóg właśnie. Wiarę tę wykorzystują też niewierzący. Nie rozumiem jak można oczekiwać zrozumienia dla swojej niewiary, przy całkowitym wyśmiewaniu ludzi wierzących. Jak można oczekiwać poszanowania swoich praw, odbierając to samo prawo innym?
Zatem jeśli mówisz, że wierzysz, a wszystko co robisz temu zaprzecza, to kim jesteś? Jeśli natomiast nie wierzysz i twierdzisz, że człowiek wierzący jest głupcem - kim jesteś? Kim jesteś, gdy oczekujesz tolerancji wobec swojej niewiary, a nie umiesz tolerować wiary drugiego człowieka?
We wszystkim konieczny jest umiar. Zrozumienie, że człowiek ma prawa bez względu na wiarę. Że prawo stanowione jest jednak ważniejsze, bo dotyczy każdego i nie trzeba czekać na sąd ostateczny, by została wymierzona kara za złamanie prawa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz